| |
Nie tak dawno jeszcze ukończyłem z
młodzieżą z Giżycka pieszy rajd z Helu do Kołobrzegu polskim
wybrzeżem Bałtyku, a już znów kolejna wyprawa. Wyprawę rozpoczęliśmy
29.VI.2000 r. Tym razem obraliśmy kurs za koło podbiegunowe Norwegii
Północnej. Zamierzamy w kajakach opłynąć najbardziej na północ
wysunięty kraniec Europy - wyspę Mageroya, i później archipelag
Lofotów. W wyprawie oprócz mnie i Szymona, starego kompana i
przyjaciela uczestniczy Piotrek, który brał ze mną udział w wielu
wcześniejszych rajdach w Polsce, miedzy innymi w rajdzie pieszym z
Helu do Kołobrzegu wybrzeżem morskim, gdzie się doskonale sprawdził.
Żywność, kajaki składane ( te stare
w których przepłynęliśmy Bajkał ) i cały inny sprzęt do wyprawy
dowieźliśmy do Norwegii moim samochodem osobowym. Oczywiście jak
zawsze przed wyprawą było wiele biegania i załatwiania różnych
formalności, ale na szczęście mamy już to za sobą.
Nasza wyprawa do Norwegii przebiegała w
sposób następujący: najpierw samochodem z Giżycka do Gdańska;
następnie przez Bałtyk promem do Nynäshamn ( Szwecja); dalej wzdłuż
Szwecji samochodem głównie drogą E 4 do Finlandii; i w końcu do
Norwegii do okolic najbardziej na północ oddalonego punktu
kontynentu Europejskiego- wyspy Mageroya, ze sławnym Przylądkiem
Nordkapp.
W Finlandii wychodziły nam z tajgii na
drogę renifery, wcale się nie pesząc naszą obecnością. Piotrek
ganiał za nimi z radością próbując uwieńczyć te chwile na kamerze
video. Na pewnym parkingu oczarowany piękną przyrodą i zmęczeniem
siedzenia za kierownicą w roztargnieniu zamknąłem kluczyki od
samochodu wewnątrz samochodu. Na szczęście szyba była trochę otwarta
i po wielu próbach niezastąpiony Szymon wydobył je wśród
powszechnego naszego wytchnienia. Norwegia zaś przywitała nas
wspaniałymi krajobrazami, przestrzeniami przepięknych gór,
wodospadami, cudnymi fiordami (oraz cudnymi cenami paliwa). Kiedy
zaś zbliżaliśmy się w okolice Mageroyi podziwialiśmy karkołomną
drogę wśród gór, urwisk skalnych spadających do morza.
U wrót Mageroyi byliśmy 2.VII.2000r. w
późnych godzinach wieczornych. Zdołaliśmy nawet wjechać na tę wyspę
tunelem podmorskim długości ok. 8 km, ale kiedy się dowiedzieliśmy,
że wstęp na wyspę kosztuje 150 koron norweskich zdecydowaliśmy
jednomyślnie wrócić z powrotem na stały ląd do miejscowości Kafiord.
Miejscowość ta liczy ok. 5 domków, których mieszkańców nawet nie
widać. Po rozbiciu namiotu i przespaniu się trochę 3.VII.
rozpakowaliśmy bagaż samochodu, złożyliśmy kajaki i ruszyliśmy w
nasz rejs dookoła tej wyspy.
MAGEROYA
3.VII / 4.VII. 2000r
Woda jest bardzo zimna i słona.
Pomimo to przed wejściem do kajaka odbyłem 2 min. kąpiel. A
następnie ruszyliśmy. Widoki fantastyczne: dzikie góry, strome
urwiska a w dole krystalicznie czysta woda. Niedługo nam było jednak
dane rozkoszować się pięknymi widokami. Szybko złapaliśmy falę,
która wlewała się do kajaków. Im dalej w przesmyk między wyspą
Mageroya a lądem tym większa fala. Zimny północny wiatr powodujący
białe grzywy fal, a my w środku miotani jak na karuzeli przez ok. 3
metrowe ruszające się strome pagórki wody. Cholernie zimno, ciuchy
mokre. Co prawda byliśmy trochę już przyzwyczajeni do takich
przygód, ale to był przecież Ocean Arktyczny. Kiedy dotarliśmy na
drugi brzeg na krótki odpoczynek byliśmy mokrzy, zmarznięci, z
podwyższonym poziomem adrenaliny, ale jednocześnie trochę szczęśliwi,
że pierwsze szalone wody już za nami. Piotrek jednym słowem
stwierdził, że to nienormalne. Trochę zjedliśmy, wtedy też
stwierdziliśmy, że na zimno dobry jest cukier, którego na sucho
zjedliśmy w tym momencie chyba ponad 1 kg Doceniłem też
niezastąpioną wartość patentu Szymona, który przed wyprawą jeszcze
dorobił jako ochronę kajaku przed falami wchodzącymi z góry mocną
budowlaną folię. Dzięki niej można było wogóle płynąć.
Mijaliśmy fiordy, ośnieżone zręby
gór, a wiatr jak oszalały fundował nam dziką karuzelę wśród fal. W
niektórych chwilach był tak silny, że nie dałem rady płynąć pod
falę, ciągły szkwał, białe grzywy fal, które ciągle atakowały kajak
bezustannie. Parę nawet weszło do środka, co przy tutejszych
polarnych temperaturach nie należało do przyjemności. Raz nawet
musiałem ulec w walce o wytyczony kurs i obrać nowy bardziej
wysunięty na Ocean. To nie były przelewki, walka z Oceanem, piękna i
cudowna.
Rozbiliśmy namiot koło urwisk skalnych,
parę kilometrów przed miejscowością Gjesvaer. Kajaki wnieśliśmy
wysoko na kamienie, aby przypływ Oceanu ich nam nie zabrał. Dziękuję
Bogu za żywioły i dar walki z nimi. Dziękuję Bogu za tak surowe,
dzikie piękno. Dziękuję Bogu, że mogę tu być. Idę spać bo już 4.45 z
rana. Ciągle jest wietrznie.
4.VII / 5.VII. 2000r.
W dniu dzisiejszym opłynęliśmy
Nordcape, przylądek uważany za najdalszy północy punkt Europy ( 710
10’ 37’’ N, 25 0 47’ 37’’E ), który
faktycznie nie jest najdalszym, bowiem przylądek położony ok. 5 km
na zachód od niego jest bardziej wysunięty na północ ( 710
11’ 12’’N, 250 40’ 22’’ E ). Przepłynęliśmy go, a raczej
cudem utrzymaliśmy się na wodzie. Wyruszyliśmy późno, bo ok. godz.
15. Pierwsze 3 godziny płynęło się w miarę spokojnie. Podziwialiśmy
przecudne krajobrazy i rozkoszowaliśmy się pięknem skalistych
fiordów. Nic nie zapowiadało tego co miał nam przygotować Ocean na
Nordcape. Fale co chwila zmieniały amplitudę wysokości aż doszły do
4 metrów. Znikaliśmy pod nimi, to znów się pojawialiśmy na ich
wierzchołkach. Ja w moim kajaku nie widziałem za falami kajka
Szymona i Piotrka, a oni mnie. Będąc na dole fali miało się
wrażenie, że jest otoczonym ruchomymi górami. Ja czując smak żywiołu
cieszyłem się niewyrażalną w słowa radością życia, wolnością.
Dziękowałem Bogu, że jestem tu na szalejących falach Oceanu na
krańcu północnym Europy. W oddali co chwila pojawiały się to znikały
za wodnymi górami ponad 300 metrowe pionowe ściany skalne sławnego
przylądka Nordcape Najgorsze jednak okazało się opłyniecie krawędzi
tego przylądka. Mimo, że płynęlismy w miarę daleko od brzegu ogromne
fale spychały nas na ostre skały, to znów nas odpychały. Fale
zwiększyły wysokość do ok. 6 metrów i miotały nami jak tylko
chciały. Chodziło już tylko o to aby utrzymać się na wodzie.
Wszędzie szalały, wściekle rycząc i miotając bez litości kajakami.
Patrząc na kajak Piotrka i Szymona widziałem go wielokrotnie w
powietrzu nad falami, które wyrzucały go w górę. Jedynie tylko rufa
kajaka była w wodzie a reszta w powietrzu. Oni później mówili tak
samo o moim. Niesamowite. Fale atakowały ze wszystkich kierunków,
przelewając się przez dziub i rufę kajaków. Ratował nas Szymona
wynalazek, mocna folia budowlana zasłaniająca wszystkie dziury w
kajaku. Huk rozszalałych ogromnych grzyw nie był ciekawy.
Obawialiśmy się wywrotki bo fale były za wysokie i strome, a do tego
atakowały ze wszystkich stron. Momentami traciliśmy całkowicie
panowanie nad kajakami wściekle miotani przez dziki żywioł. To były
jak do tej pory największe i najniebezpieczniejsze fale w moim życiu
na jakich płynąłem w kajku. Dzika walka strasznego żywiołu z małym,
bezbronnym człowiekiem, który ma czasami takie szalone, dziwne
pomysły jak choćby opłynąć na wzburzonych falach Nordcape. Wierzy
jednak w Opatrzność Bożą i Opiekę Stwórcy tych żywiołów w każdym
momencie życia nad nim i dlatego nawet najstraszniejsze żywioły nie
są już wtedy takie straszne.
5.VII / 6.VII. 2000 r.
Wypłynęliśmy ze wschodniej cześci
przylądka Nordcape z zatoczki w której schroniliśmy się przed
wczorajszym żywiołem o godz. 18 a skończyliśmy o 2 w nocy w małej
osadzie rybackiej Kjelvik.
Początkowo niechcieliśmy
wypływać bo pogoda była nie ciekawa, padał deszcz i fala też była
niczego sobie. Postanowiliśmy więc wspiąć się na szczyt Nordcape.
Byliśmy cali mokrzy, gdy zanleźliśmy się na górze. Silna mgła nie
pozwoliła się nam rozkoszować pięknymi widokami. Zeszliśmy z
powrotem do naszego obozowiska i mimo nie zbyt optymistycznych
warunków atmosferycznych ruszyliśmy w dalszy rejs. Początkowo
płynęło się dość nieźle, choć fala miała także niezłe rozmiary, ale
była długa i po wcześniejszych naszych przeżyciach nie robiła na nas
zbyt dużego wrażenia. Dopiero kiedy zaczęliśmy przekraczać fiord
Kamoyfjorden mając do wytyczonego kursu przylądka po drugiej stronie
ok. 12 km i do brzegu też ok. 12 km złapał nas piekielny wiatr od
lądu. Spowodował on lawinę białych grzyw, które zaczęły nas
pochłaniać. Nie było gdzie uciekać. Płynęliśmy więc z trwogą do
wyznaczonego kursem dalekiego przylądka. Ja w moim kajaku byłem w
tyle za kajkiem Szymona i Piotrka nie mając sił płynąć szybciej.
Grzywy fal atakowały prawy bok kajaka, szarpiąc nim po swojemu.
Czasami któraś z nich wchodziła tak, że zalewała cały kajak i mnie.
Chociaż było niewesoło nie miałem sił na emocje, płynąłem pośród
tego tumanu prawie w zupełnej apati oscylując na wyznaczony kurs.
Tylko na początku, kiedy zobaczyłem swoją bezradność pośród tych fal
przypomniała mi się piosenka, którą uczyłem dzieci w moim kościele w
Giżycku: „ Gdy na morzu burza hula Jezus ze mną w łodzi jest, mocną
ręką trzyma mnie łódka nie kołysze się...”. Całą tę sytuację
powierzyłem Bogu – „ Niech się dzieje Wola Twoja”. Byliśmy cali
mokrzy od tych fal i także kajaki dosyć sporo nabrały wody, jednak
przetrwaliśmy. Mokrzy i zziębnięci płynąc pod silny wiatr, który
zrywał czapki zimowe z głów i powodował, że miejscami staliśmy w
miejscu doszliśmy do portu w Kjelvik.
Teraz leżymy w namiocie
w wilgotnych śpiworach i po odprawieniu Mszy Św., skończonym
jedzeniu szykujemy się już do snu. Na zewnątrz leje deszcz, wszystko
mokre.
Dziękuję Bogu, że tu
jestem. Tak niewiele dni upłynęło od początku wyprawy a ja już
zapomniałem o tamtym świecie. Fajna odskocznia dla ducha, psychiki i
ciała.
6.VII / 7.VII. 2000r.
Rano, kiedy się obudziliśmy jeden
Norweg zaprosił nas do siebie do domu na kawę. Okazało się, że jest
rybakiem i w sezonie mieszka tutaj łapiąc rybę, a żona jego jest
Polką. Dużo rozmawialiśmy na różne tematy. Był bardzo miły i
gościnny. Zaproponował nam nawet nocleg w jednym z rybackich domków
oraz dłuższy postój, bowiem pogoda była nieciekawa, nadal padał
deszcz i wiał silny wiatr. Poczęstował nas także posiłkiem i dał na
dalszą drogę dwa duże łososie. Zdecydowaliśmy, że pomimo złej pogody
płyniemy. W mokrych ciuchach, silnym wietrze, który mieliśmy prawie
cały czas w twarz płynąliśmy dalej. Nie było to przyjemne zwłaszcza
wtedy, kiedy wiatr osiągał takie prędkości, że stało się w miejscu.
Było mokro, zimno i wietrznie. Ręce i nogi traciły powoli czucie.
Nie czułem palców prawej ręki i stóp. Dopiero kiedy weszliśmy na
kurs bezpośredni z Mageroy na stały ląd do Kafiord wiatr zaczął wiać
w plecy. Mimo, że był silny i mroźny szybko sunęliśmy na falach do
miejsca, gdzie zaczęliśmy nasz rejs. Pierwsze słowa Piotrka po
wyjściu z kajaka w Kafiord brzmiały: „ Ja żyję, ja żyję...”. Szymon
drżącym ze zmęczenia i zimna głosem dodawał kpiąco: „ Mam nadzieję,
że nigdy tu nie wrócę kochana Maaagggeeerrroooyyy...”.
Po czterech dniach walki z żywiołem
zakończyliśmy nasz rejs. Choć krótki nie był łatwy ze względu na
trudne sztormowe warunki atmosferyczne. Był cieżką walką z
niespokojnym, surowym Arktycznym Oceanem a dokładnie z własną
słabością. To co przeżyliśmy, czego doświadczyliśmy napewno nie
wyrażą słowa. Trzeba to samemu, przeżyć i osobiście zakosztować
smaku niesamowitej przygody. Podsumuję krótko, dziękuję Bogu, że
pozwolił mi zrealizować to marzenie.
LOFOTY
9.VII.
2000r.
Po opłynięciu wyspy Mageroya
przejechaliśmy samochodem ok. 900 km., aby znaleźć się na Lofotach.
Zamierzamy kajakiem opłynąć ten archipelag.
Archipelag Lofotów leży koła Narvika,
tworzy go wiele wysp, wysuniętych głęboko od lądu w Ocean
Atlantycki, większe z nich to: Austvagoya, Store Molla, Gimsoya,
Vestregoya, Flakstadoya, Moskensoya. Sąsiaduje z nim z północy
archipelag Vesteralen, jednak Lofoty w porównaniu do Vestarlen są
bardziej wysunięte na Atlantyk.
Wyruszyliśmy 9.VII.2000r. z
miejscowości Kaljord, leżącej na wyspie Hinnoya należącej do
archipelagu Vesteralen. Fal jak na razie dużych nie mamy, ale i
widoków też. Wszędzie chmury, mgła i deszcz. W sumie jak na razie
nie jest ciekawie, tylko czasami na krótkie momenty jak trochę
powieje wiatr pojawia się widok skalistych gór. Mokro, mokro, mokro
i nudno. Jednak monotonię dnia dzisiejszego przerwły nam ptaki,
które jak szalane w pewnej zatoczce użądziły sobie bogatą ucztę z
ryb. My oczywiście nie pozostając głusi na te sygnały w ciągu
niespełna 30 minut zapełniliśmy po brzegi rybami jeden kajak. Ryby
dosłownie same wskakiwały na haczyk wędki, nawet w powietrzu.
Wystarczyło tylko dobrze rzucić wędką. Tak więc urozmaiciliśmy naszą
dietę rybkami, które Szymon w trawie przygotowywał nam świetnie na
ognisku. Nocujemy na wyspie Austvogoya niedaleko od Store Molla w
przesmyku Raftsundet.
10.VII. 2000r.
Przepłynęliśmy dzisiaj
południowe obrzeża wyspy Austvogoya i Gimsoya i jesteśmy na
wschodnim wybrzeżu Vestvagoya w okolicach Valberg.
Pogoda była dziś w miarę dobra,
dlatego mogliśmy rozkoszować się przepięknymi widokami. Najgorsze
było z rana wstać i nałożyć całkowicie mokre ciuchy. Potem
oczywiście w nich płynąć ok. 9 godzin. Wczoraj rozpruł mi się
materac, który służył w kajaku jako siedzenie i oparcie dla pleców.
Na szczęście na plaży gdzie biwakowaliśmy były wyrzucone przez
kogoś zużyte wkładki metalowe od lodówki. Były trochę zerdzewiałe,
ale włożyłem je do worka od ziemniaków, którego zawartość napełniłem
zerwaną trawą i było już gotowe oparcie. Co prawda służyło ono
gorzej niż materac, ale dało się na nim płynąć. Rozkoszowaliśmy się
pięknymi krajobrazami Lofotów. W sumie tylko krajobrazami, bo woda
jest zbyt chłodna do kąpieli. Doskwiera nam w związku z tym bród i
sól, które jest wszędzie i szczypie ciało.
11.VII / 12.VII. 2000r.
Dzień rozpoczęliśmy przepiękną pogodą.
Słonko świeciło wyśmienicie. Dzięki czemu posuszyliśmy nasze ciuchy.
Szymon przygotował nam śniadanie, które składało się z ryb
przypieczonych na ognisku. Pierwsze 2 godziny płynęło się
wyśmienicie. Podziwialiśmy piękne widoki Lafotów. Niedługa nam było
jednak dane cieszyć się tą pogodą. W mgnieniu oka pojawiły się
chmury i silny wiatr od lądu. Fale się zwiększyły. Szczególnie
nieciekawe było przepływanie trzech ścinek, w których dosyć daleko
oddalaliśmy się od lądu. Wiatry były tak silne,że powodowały masy
białych grzyw fal. Najgorsze dla mnie było trzecie przejście. Tym
bardziej, że wyszedłem za daleko w morze, a tam były niezłe grzywy i
fale. Fale były o tyle nieciekawe, że były bardzo krótkie, niezbyt
wysokie, bo jakieś 1,5 m i do tego bardzo intesywne oraz wściekłe.
Bujały moim kajakiem jak chciały. Dużo ich weszło mi do środka
kajaka, mimo zabezpieczeń od góry. Były to fale boczne. Cały czas
rozbijały się o dziób i prawy bok kajaka, próbując go przewrócić.
Czułem się jak na karuzeli. Parę fal rozbiło się na mojej twarzy i
torsie. Było to niezbyt przyjemne uczucie. Starałem się tak
manewrować wiosłami, aby się nie wywrócić. Wymagało to użycia
nieludzkich sił, które wyzwolił w moim organizmie zwiększony poziom
adrenaliny.
Dobiliśmy dziś do wyspy Moskenesoya w
okolice miasteczka Moskenes. Tutaj nocujemy. Suszymy mokre ciuchy,
ale niewiadomo czy to się uda, bo pełno na niebie chmur.
12.VII / 13VII. 2000r.
Dzisiaj był wreszcie dzień bez deszczu. Pogoda rano była
fantastyczna. Pierwsze godziny płynięcia były prawdziwą rozkosza.
Mieliśmy dobry wiatr w plecy i fale same nas niosły do połuniowego
krańca wyspy Moskenesoya do Moskenesstraumen. Końcówka wyspy była
przepiękna. Powitały nas dzikie urwiska skalne, bez śladów
cywilizacji. Widzieliśmy jak na wyciągnięcie ręki wyspę Vaeroya i
trochę Rosta. Gdybyliśmy mieli więcej czasu z pewnością byśmy tam
popłynęli. Przez pewien czas towarzyszyła nam w rejsie foka.
Wynurzała się co chwila ciekawie obserwując dziwnych przybyszów w
kajakach. Szymon nasz najlepszy kamerzysta próbował z wielką
cierpliwością uwieńczyć te chwile na taśmie kamery video.
Po opłynięciu najbardziej południowego
krańca wyspy Moskenesoya zaczął się nasz rejs powrotny, klifami
północnych stron Lofotów. Fala oceaniczna była fajna, długa,
spokojna bardzo dobra do płynięcia. Najgorsze są wiatry z lądu,
wiejące z gór, bardzo silne, prawie jak nasze „halne”, które
powodują tumany białych grzyw. Kiedy te 2 rodzaje fal się pomieszają
jest niezła kotłownia. Na jednym z postoju znaleźliśmy jeziorko.
Mimo, że woda w nim była bardzo zimna wszyscy się wykąpaliśmy, aby
choć trochę obmyć z ciała sól i bród. Nasze ubrania wyglądają
odstraszająco,bowiem całe są w plamach z soli i trochę pobdzierane w
niektórych miejscach. Wszędzie gdzie jest cokolwiek metalowego
pokrywa szybko rdza. Do tego intensywnie cuchniemy, przesiąknięci
własnym potem i oceanem. Mieliśmy dziś znowu po pięknym naszym
poranku dość silne wiatry z lądu, które spowodowały masę wody
wewnątrz kajaków i jak zawsze mokre ciuchy. Jak do tej pory w
trakcie rejsu nigdy nam się nie udało opuścić kajaka na końcu
naszego dnia w suchych ciuchach. Człowiek powoli przyzwyczaja się do
tego wszystkiego. Do tych niebezpiecznych fal, deszczu, wiatru,
mokrych ciuchów, smrodu, zimna itp. Choć dzisiaj były fale ok. 3
metrowe, woda wlewał się do kajaków i majtało mną jak chciało,
płynąłem wśród tego żywiołu całkowicie spokojny. Pewnie dla
obserwatorów z boku byłby to szaleńczy widok. Mam już trochę obdarty
kajak, woda mi wchodzi powoli od spodu, ale najważniejsze, że można
płynąć. Płynęliśmy dziś od godziny ok. 13.00 do ok 3.00 nad ranem.
Oglądaliśmy prawie jednocześnie piękny zachód słońca i jednocześnie
jego wschód na tle kotłujących się fal Atlantyku. Doświadczyłem dziś
także ciekawego zjawiska w końcowych godzinach płynięcia, spania z
otwartymi oczami podczas wiosłowania. Większa część muzgu spała,
podczs gdy jakaś jego część pracowała. Niesamowite. Nocujemy na
piszczystej plaży parę kilometrów od miejscowości Fredvang.
Dziękuję Bogu za przepiękne dzisiejsze
krajobrazy, skalne wysokie urwiska, ocean, pogodę. Dziękuję, że tu
jestem, choć płynąć nie jest łatwo.
13. VII. 2000 r.
Dzień
rozpoczęliśmy przepiękną pogodą. Nasze ubrania się wysuszyły.
Wypłynęliśmy późno, bo ok. 15.00 godziny i płynęliśmy do ok 23.00.
Zaraz po wypłynięciu złapała nas porządna mgła. Sytuacja była
nieciekawa, bowiem pierwszy wypłynąłem ja, a dopiero chyba jakieś 20
minut później Szymon i Piotrek. Byłem więc ok. 3 km z przodu. Mgła
całkowicie zakryła mnie i nic kompletnie nie widziałem, podobnie też
i oni. Cudem znaleźliśmy się w tym mleczku. Usłyszałem z wielkim
trudem krzyk Szymona, który w pierwszym momenie mieszał mi się z
dźwiękami mew. Kiedy jednak zacząłem płynąć w tym kierunku z ulgą
odpowiedziałem krzykiem na jego krzyk. Szymon zanim wszedł jeszcze w
tą mgłę wyznaczył sobie kurs rejsu używając kompasu. To, że się
odnaleźliśmy było naprawdę cudem. Dalej płynęliśmy dzięki kompasom,
cały czas korelując kurs wymianą informacji wskazań komasu mego i
Szymona. Wieczorem mgła znikła i jakiś czas spokojnie płynęliśmy
wśód zupełnie cichej i płaskiej tafli wody. Niestety później pojawił
się wiatr, a do tego w twarz. Nie był silny, ale robił paskudne
fale, prawdziwie drgającą galaretkę. Niezbyt ciekawie się płynęło.
Podczas lądowania na plaży w miejscowości Unstad parę fal uderzyło w
plecy Szymona, który w kajaku zawsze siedział za Piotrkiem, mocząc
go doszczętnie i wnętrze kajaka. Rozbiliśmy namiot na przecudnej
plaży. Mszę Św. odprawiłem przy zachodzącym słońcu i w pieśni
rozbijających się fal na plaży. Zaraz jemy i kładziemy się spać.
14. VII. 2000r.
Rano trochę padało, wobec czego musieliśmy nałożyć mokre ciuchy do
rejsu. Wieczorem powiesiliśmy je z nadzieją, że może rano będą
suche, niestety deszcz je doszczętnie zmoczył. Płynęło się w miarę
dobrze. Nie mieliśmy zbyt trudnej fali. Czasami tylko na krawędziach
lądu była trochę wyższa. Płynęliśmy w sumie ok. 8 godzin.
Dzisiejszy dzień przyniósł trochę strat. Na początku porwałem
pokrywkę od namiotu podczas jego pakowania. Następnie pod koniec
rejsu podczas ścigania się z kajakiem Szymona i Piotrka zbyt mocno
zacząłem wiosłować i pękło mi wiosło. Było to trochę niezwykłe, gdyż
wiosło te było dosyć masywne, grube, wykonane z solidnego drzewa i
ważyło też niczego sobie. Preferowałem zawsze na wyprawach mieć
wiosło solidne, konkretne, nawet kosztem dużej jego wagi i byłem
przekonany, że te wiosło, które posiadam jest niepołamalne. Jednak
pod wpływem mojej siły nie wytrzymało. Fakt ten świadczy o wysiłku
jaki trzeba włożyć w wiosłowanie, siłach zużywanych podczas rejsu.
Piotrkowi i Szymonowi zaczął przeciekać nieźle od spodu kajak. Cały
czas mają w wodzie dolne części ciała. Mój zreszto też nie jest w
lepszym stanie. Wychodzę z niego mokry. Niedługo już kończymy rejs.
Jeszcze dzień albo dwa i będziemy prawdopodobnie na miejscu.
Przepiękne mieliśmy podwieczór krajobrazy, kiedy wpłynęliśmy w
gąszcz wysepek koło Sundlandsfiorden. Było naprawdę mistycznie i
pięknie. Płynąc więc od czasu do czasu śpiewaliśmy sobie piosenki i
nuciliśmy ładne melodie. Chwalić tylko Stwórcę za takie cuda.
Rozbiliśmy namiot na jednej z tych wysepek.
15. VII. 2000r.
Rano porządnie kropiło. Wszystkie nasze ciuchy, które mieliśmy
nadzieję wysuszyć na kamieniu były całkowicie mokre. Nieprzyjemnie
było je nakładać rano, tym bardziej że było trochę zimno i trochę
wiało. Zanim się je nałożyło trzeba było dobrze wykręcić począwszy
od slipek, skarpetek aż po bluzy, kurtki, rękawice i czapki. Mimo
brzydkiej pogody ruszyliśmy. Początkowo mieliśmy falę boczną z
oceanu. Trochę majtało, ale dało się płynąć. Podczs jednego postoju
poszedłem z Piotrkiem oglądać zwłoki wieloryba. Były na skalistym
brzegu i porządnie śmierdziały, co świadczyło o tym, że leży tu już
od kilkunastu dni. Wymiary jednak jego były naprawdę imponujące,
tak samo jak jego smród. Podczas tego postoju Szymon wybrał ze swego
kajaka prawie 2 wiadra wody. Spód jego i Piotrka kajaka był nieźle
podziórawiony. W moim także woda ciekła, ale nie tak szybko jak w
tamtym. Zadek i tak był mokry. Wiedzieliśmy, że do końca rejsu mamy
już niedaleko, dlatego gnaliśmy do przodu co sił w rękach. Tym
bardziej, że wiatr i fale mieliśmy prawie za plecami. Po paru
godzinach forsownego wiosłowania osiągnęliśmy upragniony Kaljord,
port z którego zaczęliśmy nasz rejs wokół Lofotów.
Wrażeń po rejsie moc. Niezapomnij się nigdy tych przepięknych
krajobrazów gór, urwistych skał klifów, nieskończonych barw nieba,
różnorodnych fal tych spokojnych i tych grzywiastych, wiatrów
łagodnych i silnych, kolorów, dźwięków i zapachów oceanu. Smaku
przygody i mistyki oceanu.
Mimo, że na pewno był to duży wysiłek fizyczny i psychiczny, bowiem
ciuchy prawie zawsze były mokre rano i wieczorem. Dłonie były
zdrętwiałe i ciężko było je rozprostować nawet w czasie odpoczynku.
Krzyż bolał i jedzenie też było różne. Częstokrotnie drżało się z
zimna. Do tego fale i wichry potrafiły sprawiać dużo szybsze bicie
serc. Jednak myślę, że warto było. Warto było poznać nowy kawałek
świata i siebie. Doświadczyć mistyki oceanu i smaku niecodziennej
przygody.
Dziękuję Bogu, że pozwolił mi tu być i, że Jego Opatrzność czuwała
nad naszym rejsem.
W następnych dniach 16.VII - 21. VII.
2000r. przejechaliśmy samochodem prawie całą Norwegię zwiedzając
już turystycznie między innymi: słynny z piękności Geirangerfiorden
oraz najdłuższy w Norwegii Sognefiorden. Następnie wróciliśmy do
Polski. Ja wkrótce ruszyłem z Giżycka na dalszą wędrówkę tym razem
pieszą do Matki Boskiej Częstochowskiej jako przewodnik grupy
pielgrzymkowej „ Jaćwież – Giżycko”.
X. Darek Sańko
|
|